Forum for St Mary Macedonian Orthodox Church web site visitors
Forum za posetitelite na St Mary Macedonian Orthodox Church web site

Mam 34 lata, nazywam się Kinga i od pięciu lat pracuję jako weterynarz. To nie jest praca dla osób o słabych nerwach. Widzę chore zwierzęta, płaczących właścicieli, czasem muszę podjąć decyzję o uśpieniu. Po takim dniu wracam do domu i nie mam siły na nic. Ani na rozmowę, ani na serial, ani na własnego psa, którego kocham nad życie. Ten konkretny czwartek był wyjątkowo ciężki – stary labrador, którego leczyłam od roku, musiał odejść. Wróciłam do pustego mieszkania (mąż w delegacji), nalałam sobie wina, usiadłam na kanapie i bezmyślnie przeglądałam internet. Gdzieś na jakimś forum weterynaryjnym (tak, serio) ktoś napisał: „Wiecie co, jak mam doła, to wchodzę na kasyno vavada na godzinę. Nie dla hajsu, dla oddechu”. Kliknęłam.
Strona była ciemna, elegancka. Zarejestrowałam się bez entuzjazmu. Wpłaciłam sto złotych – tyle, ile wydaję na karmę dla psa w miesiąc. Nie oczekiwałam niczego. Po prostu chciałam się odciąć.
Nie znałam się na hazardzie. Automaty wydawały mi się głupie. Ruletka – zbyt przypadkowa. Znalazłam coś, co nazywało się „bakarat”. Kiedyś widziałam w filmie. Proste – obstawiasz gracza, bankiera albo remis. Postawiłam dwadzieścia na bankiera. Rozdanie – bankier wygrał. Postawiłam czterdzieści na bankiera – znowu wygrana. Po dziesięciu minutach miałem sto osiemdziesiąt złotych. Wino powoli robiło swoje. Postawiłam wszystko na bankiera – jeszcze raz. Wygrana. Trzysta sześćdziesiąt. Postawiłam trzysta na bankiera – znowu wygrana. Siedziałam na kanapie, w bluzie, z kotem na kolanach i patrzyłam, jak kwota rośnie. Wiedziałam, że to nie może trwać wiecznie. Postawiłam całość – prawie siedemset – na bankiera. Karty poszły. Bankier wygrał. Saldo skoczyło do tysiąca czterystu złotych.
Zamknęłam laptopa. Wypiłam łyk wina. Odstawiłam kota. Wstałam, przeszłam się po pokoju. Potem otworzyłam kasyno vavada jeszcze raz i wypłaciłam tysiąc dwieście. Dwieście zostawiłam, bo taki miałam kaprys. Pieniądze przyszły na konto następnego dnia, zanim zdążyłam wyjść do pracy.
Za tysiąc dwieście złotych kupiłam nową klatkę dla królika, który leczy się u mnie w przychodni. Nie dla własnego – dla pacjenta. Rodziny nie było stać. A ja miałam akurat. Nie powiedziałam im, skąd mam pieniądze. Powiedziałam, że znalazłam na ulicy. Nie skłamałam – znalazłam. W kasyno vavada.
Minął tydzień. Wróciłam. Tym razem świadomie. Już wiedziałam, że kasyno vavada istnieje, że działa, że wypłaca. Wpłaciłam kolejne sto. Grałam w bakarata. Przegrałam wszystko w kwadrans. I wiecie co? Nie zabolało. Bo tamta wygrana, tamten królik, tamta klatka – to już było w świecie. A sto złotych to cena za godzinę, w której nie myślałam o labradorze. Wystarczająco niska.
Od tamtej pory mam rytuał. Raz na jakiś czas, po ciężkim dniu, wchodzę do kasyno vavada. Zawsze z maksymalnie pięćdziesięcioma złotymi. Zawsze w bakarata. Zawsze pijąc wino. Nie dla pieniędzy – dla tego uczucia, gdy karty się odkrywają, a ty nie wiesz, czy za chwilę będziesz się uśmiechać, czy wzruszysz ramionami. To jak zastrzyk adrenaliny. Ale kontrolowany. Bez igły. Bez skutków ubocznych. Poza tym, że czasem wygrywasz klatkę dla królika.
Dziś, kiedy ktoś pyta, jak radzę sobie ze stresem w pracy, mówię: „Kino, wino, spacery z psem”. Nie dodaję, że też kasyno vavada. To moja tajemnica. Moja mała, bezpieczna ucieczka. Mój bakarat, który nauczył mnie, że czasem trzeba postawić na bankiera. I że nawet jeśli przegrasz – nadal masz swoje życie, swojego psa, swoje wino. A czasem – zupełnie przypadkiem – wygrywasz. I wtedy możesz komuś pomóc. Nawet nie wiedząc, że to wygrana. Zwłaszcza wtedy.

